Usiedliśmy do stolika z dwiema szklanymi butelkami coli, Alice trzymała słomki. Przy stolikach były miękkie kanapy, Usiedliśmy naprzeciwko siebie, zostało nam jedynie czekać na naszą pizzę.
- Pomożesz? - podsunęła mi swoją butelkę.
- Jasne. - uśmiechnąłem się lekko.
Otworzyłem swoją i jej butelkę, wiedzieliśmy rozmawiając aż odebrałem nasze jedzenie. Jedliśmy powoli, rozmawialiśmy. Siedzieliśmy tak długo.
- Nieźle się zabawiasz, Kai. - usłyszałem nagle głos z boku. Spojrzałem tam, był to Lucas. Nie lubiliśmy się za bardzo. Westchnąłem i znów spojrzałem na Alice, przyglądała mi się, uśmiechnąłem się jedynie lekko, sytuacyjnie. - Ładna, chociaż... przypomina mi jedną z prostytutek, wiesz... ostatnio się z taką bawiłem. - zaśmiał się, a ja zacisnąłem pięści. - Kto wie, czy to nie tą samą robiłem wczoraj wieczorem. - jeszcze raz na niego spojrzałem.
Dobrze wiedział, że nie mogę mu nic powiedzieć.
- Kai, co się dzieje? Na co patrzysz? - spytała dziewczyna, łapiąc mnie za zaciśniętą dłoń.
Już miałem odpowiedzieć, jednak uprzedził mnie właściciel lokalu.
- Musicie już państwo wyjść, zamykamy. - powiedział uprzejmie.
Lekko skinąłem głową i wstałem. Zabrali nasze naczynia, wyjąłem banknot z tylnej kieszeni. Słysząc kolejny komentarz Lucasa, położyłem banknot na stole uderzając w niego palcami. Ali cały czas mi się przyglądała, w końcu wyszliśmy na zewnątrz. Było chłodniej niż wcześniej, widziałem to po dreszczach na jej ramionach. Ściągnąłem swoją kurtkę.
- Załóż. - powiedziałem.
- Nie trzeba. - pokręciła głową.
- Trzeba. - uśmiechnąłem się lekko.
Ta po chwili odwzajemniła gest, pomogłem jej ją ubrać i szliśmy dalej. Przechodząc koło jednego z domów, nagle pękła szyba, odskoczyliśmy na ulicę. Na szczęście nie jeździły już żadne samochody, a bynajmniej tu. Spojrzałem w górę, był tam pożar. Muszę być w środku. Jako anioł muszę.
- Dzwoń po straż pożarną i nie podchodź blisko. - poprosiłem.
- Kai, nie możesz tam wejść! - złapała mnie za rękę przestraszona.
- Muszę, dzwoń szybko. - pobiegłem w stronę domu.
Wszedłem do środka, zabierając z klatki schodowej gaśnicę. Wyważyłem drzwi i zacząłem sobie robić drogę, aby móc dojść do starszego mężczyzny. W środku był ogrom dymu, zasłoniłem więc nos koszulką. Wyprowadziłem go na klatkę schodową, jednak słysząc głosy strażaków stałem się niewidzialny. Wyprowadzili go na zewnątrz i zaczęli gasić.
- Przepraszam, co z tym chłopakiem? - spytała Ali, kiedy wyszli strażacy z mężczyzną.
- Nikogo tam nie było. Proszę stąd odejść. - poprosił.
- Dobry chłopak. - wtrącił mężczyzna do Alice i odszedł z strażakiem do karetki, która właśnie podjechała.
Znalazłem się na uliczce za domem, przeskoczyłem ogrodzenie, Ali musiała to widzieć, ponieważ przyszła do mnie. Kaszlnąłem jeszcze i przeczesałem włosy dłonią, które opadły mi na czoło.
Ali?